Po pierwsze - doceniaj!

Sylwester... oczami Martyny Chodykin

Przyznaję, bałam się bezdomnych. Unikałam ich, odwracałam wzrok i robiłam wszystko żeby ich nie zauważyć. Dlaczego? Bo nie rozumiałam ich świata, który wydawał mi się tak inny od mojego, zupełnie mi obcy. Kiedy mijałam ich na ulicy, odwracałam głowę, bo ich spojrzenia budziły we mnie wyrzuty sumienia. Bałam się bezdomnych, bo nie potrafiłam im pomóc. Myślałam, że dzieli nas mur nie do przeskoczenia.

Na Sylwestra z Ubogimi trafiłam w poszukiwaniu tematu na reportaż radiowy, który miałam przygotować na studia. Informację znalazłam w internecie, wiedziałam, że kilkoro moich znajomych jest zaangażowanych w przygotowania. Nie miałam innych planów na tę, jak to się mówi „jedyną taką noc w roku”, więc pomyślałam sobie: „dlaczego nie? To może być ciekawe”. I tak trafiłam na Sylwestra, którego nie zapomnę do końca życia. Okazało się, że pomiędzy mną a bezdomnymi i ubogimi istnieje tylko jeden mur - ten zbudowany ze stereotypów. Jak udało się go zburzyć? Poznajcie i posłuchajcie ludzi, którzy mi w tym pomogli!

Grzesiek i Piotrek siedzieli obok siebie przy stole na brzegu sali. Piotrek był na Sylwestrze także w poprzednim roku i tym razem postanowił przyjść z kumplem z ulicy. Dosiadłam się do nich przypadkiem i tylko na chwilę. Opowiedzieli mi swoje historie. Przy stole zostałam na dłużej, a w pamięci będę miała ich na zawsze.

Grzesiek: Na ulicy najgorsi są ludzie, którzy przechodzą. Niektórzy traktują nas jak śmieci. Tutaj czuję się jak w domu, taktują mnie jak normalnego człowieka. Nie dziwię się, że tylu młodych przyszło tu pomagać, bo ludzie są dobrzy i pomagają nam jak mogą. Na długo zapamiętam ten wieczór, a szczególnie Mszę Świętą, która była pięknie odprawiona.

Tylko teraz co tu robić do rana? To jest pytanie, dokąd iść, kiedy się stąd wyjdzie… W ciągu dnia idziemy na dworzec, albo do galerii handlowej, jeśli jest otwarta, czytamy książki, gazety, przeglądamy internet. I tak jest, tak żyjemy. Jedzenie mamy u sióstr, tylko trzeba być trzeźwym – to jedyny warunek.

Kiedyś miałem normalny dom i wszystko straciłem. Mój pierwszy błąd był taki, że nie doceniałem tego, co miałem. Trafiłem do więzienia, bo wyrwałem jakiejś babci torebkę. W więzieniu dostałem informację, że zabrano mi mieszkanie, to było dla mnie dużym ciosem. Mam dzieci: chłopaka i dziewczynkę, mają 12 i 13 lat. Zabrali je do rodziny zastępczej, bo ich matka piła, a ja siedziałem w więzieniu. Mam z nimi kontakt listowny i telefoniczny. Myślę i wierzę w to, że w życiu można wszystko zmienić. Mam nadzieję, że w tym roku i mi się uda.

– Ja jestem półtora gościa – Piotr przyłącza się do rozmowy, ale najpierw całuje mnie w rękę i dodaje, że bardzo lubi sobie pożartować.

Mieszkam na ulicy szósty rok. Ciężko jest to zmienić, bo są takie etapy, że człowiek coś zaczyna, a potem znów spada. Ja byłem tutaj na Sylwestrze już w zeszłym roku i teraz zabrałem kolegę. Cudowne wrażenia, nie da się tego opisać słowami. Wszystko jest wspaniałe atmosfera, a przede wszystkim ludzie. Na długo zapamiętam tę noc.

Ktoś, kto nie przeżył bezdomności, nigdy w życiu tego nie zrozumie. Nie mów, że nigdy nie będziesz w takiej sytuacji, jak byłem w twoim wieku nie myślałem ze trafię na ulicę. Miałem dom, ale nie mogłem się w nim dogadać, dlatego w nim nie mogę mieszkać. Gdybym tam przyszedł, to więzienie mam pewne. Taki jestem, noszę to w sobie, tylko czasem pewne rzeczy trzeba wyrzucić z siebie, nie da się ich stłamsić. W tym roku chcę to zmienić, zacząć od początku. Nie wolno się poddawać, jeśli człowiek się podda to koniec.

Co jest najgorszego na ulicy? Przetrwać zimę. Poza tym tak jak wszędzie są ludzie i ludziska, tak są też bezdomni i bezdomni. Ktoś może być bezdomny i być w porządku, a ktoś może sam żyć na ulicy i jeszcze drugiego bezdomnego pogrążyć. W noclegowniach wiele osób nie dba o siebie, można się tam nabawić chorób. My żyjemy na ulicy, ale dbamy o siebie. Czasem nocujemy w czwórkę, a czasem tylko w dwóch, bywa też, że samemu, ale to jest niebezpieczne bo zdarza się że podpalą i zabiją człowieka. Teraz ludzie biorą te dopalacze i różne rzeczy strzelają im do głowy. Kilka dni temu spalili mi na przykład namiot.

Na Nowy Rok życz mi szczęścia i zdrowia. Pracę mam już załatwioną, będę pracować w centrum pogrzebowym. Już teraz nosimy trumny na pogrzebach, pomagamy na cmentarzu przy pomnikach. Żadna praca nie hańbi, kiedyś ktoś mnie też poniesie w trumnie…

Grzesiek i Piotrek przed 2 w nocy spakowali swoje rzeczy i wyszli z Sylwestra. Dokąd poszli? Na tramwaj, a potem na dworzec przespać się 2-3 godziny.

Spotkanie z nimi nauczyło mnie dwóch ważnych rzeczy. Po pierwsze pokazało mi, że nie trzeba wszystkiego rozumieć, czasem wystarczy ze sobą pobyć przy jednym stole. Po drugie zachwyciła mnie w nich ich nadzieja na lepsze jutro, wiara w to, że ich życie się odmieni. Przyznam się, że zrobiło mi się głupio, gdy pomyślałam o swoich planach, których nie realizuję nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego, że mi się nie chce.

Wróciłam z Sylwestra nad ranem. Weszłam do ciepłego domu, a potem położyłam się, okryłam kołderką i próbowałam zasnąć. Moje łózko tego dnia było wyjątkowo niewygodne. Nie mogłam sobie znaleźć w nim miejsca, bo ciągle przed oczami miałam twarze Piotra i Grzesia, którzy pakują swoje rzeczy i idą spać na dworzec.

– Mój pierwszy błąd był taki, że nie doceniałem tego, co miałem - przypomniały mi się słowa Grzegorza, kiedy próbowałam zasnąć w moim ciepłym i przytulnym domu…

Martyna Chodykin