Legenda barszczu, czyli na poważnie i wesoło o przygotowaniach

Rozmowa z Aldoną Ronczką, jedną z organizatorek przedsięwzięcia

Monika Frania: Do północy zostało niespełna dwie godziny, barszcz spożyty, wszystkim bardzo smakowało, ale nikt z gości pewnie nie domyśla się że za tym posiłkiem kryje się historia, która wśród wielu wolontariuszy urosła do rangi legendy. Ty odegrałaś w niej znaczącą rolę, na czym ona polegała?

Aldona Ronczka: Barszcz przyjechał aż z Rydułtów za Rybnikiem, więc swoje kilometry przebył (śmiech). O ugotowanie zostały poproszone panie kucharki, które zaangażowane były w rekolekcje wakacyjne w ubiegłym roku. Zgodziły się z przyjemnością, ale dopiero później pojawiła się kwestia przewiezienia tak dużej ilości zupy. Nie mieliśmy profesjonalnego sprzętu ani pojemników do tego. Zadeklarowałam, że zajmę się trudnym zadaniem. Z restauracji wypożyczyliśmy garnki i dzisiaj, gdy przyjechałam po odbiór, próbowaliśmy te garnki zabezpieczyć domowymi sposobami, przytwierdzić pokrywki taśmą, folią i sznurkiem aby przejechały bezpiecznie ponad 70km. Udało się, ani kropelki nie utraciliśmy, choć wcześniej były duże obawy i inni organizatorzy martwili się, że rozleję barszcz wioząc go na kolanach. Przed chwilą wydaliśmy już 50 litrów barszczu gościom, więc zostały po nim tylko wspomnienia.

Jesteś jedną z organizatorek tego przedsięwzięcia, dzisiaj koordynatorką sekcji kelnerskiej. Jak to się stało, że zdecydowałaś się spędzać noc sylwestrową właśnie w ten sposób?

Już w lutym zostałam zaproszona do organizacji tego wydarzenia przez katowickich kleryków. Zaskoczyli mnie pytaniem o plany na Sylwestra. Zgodziłam się na udział. Wiem na pewno że decyzja, którą wtedy podjęłam była bardzo dobra.

Kiedy narodził się pomysł Sylwestra z Ubogimi i kto się za tym kryje?

Od strony organizatorskiej uczestniczę w akcji pierwszy raz. W poprzednich latach Sylwester również się odbywał, ale w troszeczkę innej formie. U sióstr Kalkutek [Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości – dop. M.F.] był ciepły posiłek, projekcja filmu, wspólna Eucharystia. Ubodzy dostawali też paczki do domu. Nie było zabaw, tańców, całość była nieco skromniejsza i na mniejszą skalę. Nie było również tak wielu wolontariuszy. Z tego co wiem, pomysł organizacji wydarzenia na większą skalę zrodził się w głowie kleryka Łukasza Kosielaka i jego nauczycielki właśnie podczas tego ubiegłorocznego Sylwestra. To on jest najbardziej zaangażowany, ale obecnie w grupie organizatorów jest około pięciu kleryków i sześciu osób świeckich. Gdy ja dostałam zaproszenie do włączenia się w organizację był już gotowy plan przeniesienia spotkania na większą salę, pomysł imiennych zaproszeń i ugoszczenia osób, jak na prawdziwym przyjęciu. W czerwcu mieliśmy też spotkanie ze wspólnotą Sant’Egidio z Warszawy, która ma doświadczenie w organizacji dużych wigilii dla osób bezdomnych. Ludzie stamtąd opowiedzieli nam ile pracy trzeba włożyć w tego typu wydarzenia.

Jak wyglądały kolejne kroki organizacyjne?

Później spotykaliśmy się już, żeby ustalić, kto będzie za jakie kwestie odpowiedzialny i czym może się zająć. W międzyczasie szukaliśmy sponsorów. Pisaliśmy do firm, pytając o wsparcie materialne lub finansowe. Czasem nie otrzymywaliśmy odpowiedzi, ale przyjmowaliśmy to w duchu pokory. Z drugiej strony spotykaliśmy się z pozytywnym odzewem. Wysyłaliśmy listy do parafii z prośbą o odczytanie podczas niedzielnych Mszy Świętych. Dary napływały i ostatecznie jest wszystkiego pod dostatkiem. Kolejnym etapem były dwa spotkania rekrutacyjne dla wolontariuszy. Zgłosiło się bardzo dużo osób, choć muszę przyznać, że część zaangażowanych nie była na spotkaniach, ale po prostu do nas napisała, że chciałaby się włączyć w samego Sylwestra lub przygotowania.

Intensywne przygotowania rozpoczęły się na dzień przed Sylwestrem. W jaki sposób działaliście?

Spotkaliśmy się wczoraj rano i po Eucharystii rozpoczęliśmy działania. Każdy wolontariusz był przydzielony do konkretnej sekcji i był za coś odpowiedzialny. Chyba najwięcej pracy było z prezentami. Staraliśmy się, aby każdy dostał mniej więcej to samo. Część rzeczy dokupiliśmy, jednak ofiarność ludzi była bardzo duża. Pakowaliśmy artykuły higieniczne, termosy, szale, rękawiczki, skarpety. O godzinie 18:00 zamknęliśmy salę. Dzisiaj część osób pracuje od 9:00, niektórzy dojeżdżali później, aż do samego przyjęcia.

Wolontariusze i goście Sylwestra z Ubogimi spotkali się dzisiaj przy stołach. Kim są osoby, które zaprosiliście i z jakich środowisk są ludzie którzy pomagają?

Imienne zaproszenia rozdawały siostry Kalkutki, ponieważ większość z zaproszonych osób korzysta przez cały rok z pomocy żywieniowej. Siostry gotują i wydają posiłki, dlatego w większości znały imiona, nazwiska tych osób, wiedziały, kto potrzebuje pomocy. Było zastrzeżenie, że wpuszczamy na salę tylko osoby, które są trzeźwe. Osoby siadające do stołu miały swoją plakietkę i wyznaczone miejsce. Myślę, że dla nich to jest ważne, że wszystko odbywało się imiennie. Dzięki temu mogli się poczuć wyróżnieni. Na przykład jedna Pani była bardzo wcześnie – przyszła już rano, cztery-pięć godzin przed rozpoczęciem. Chcieliśmy ich po prostu ugościć w dobrych warunkach, dlatego też funkcja wolontariuszy, która jest rozumiana tu jako służba.

Czy osoby niewierzące i deklarujące, że są daleko od Kościoła mogły też wziąć udział w akcji?

Tak. Nie było tutaj ograniczeń. Wśród wolontariuszy jest część osób związana z jakimiś wspólnotami religijnymi, ale są też osoby spoza takich struktur. Myślę, że ktoś, kto wybiera taką formę spędzania Sylwestra ma gdzieś w sobie poczucie, że to jest też działanie dla dobra kogoś, a nie tylko z korzyścią dla siebie samego.

Jeszcze nie przywitaliśmy Nowego Roku, przyjęcie cały czas trwa, ale jeżeli miałabyś w tym momencie wskazać najtrudniejszy element przygotowań czy samego Sylwestra - co by to było? Czy musiałaś się z czymś zmierzyć, a może Cię coś zdziwiło?

Myślę, że odpowiedzialność, która została mi w pewnym sensie darowana. Również przygotowanie wszystkiego od strony logistycznej. Tak naprawdę nie znałam wcześniej tych ludzi, którzy tu działają. Nigdy z nimi nie współpracowałam i nie wiedziałam, czy słowo, które zostanie powiedziane będzie się faktycznie wiązało z czynami. Okazało się, że w mojej sekcji kelnerskiej pozostaje mi tylko cieszyć się współpracą z nimi. Teraz zaskakuje mnie to, że ciągle przychodzą, pytają, co jeszcze można zrobić, a czasami sami podsuwają pomysły, które organizatorom wcześniej nie przyszły do głowy. A co mnie zdziwiło? Atmosfera, która jest teraz na sali. Patrzę na tych zaproszonych ludzi i widzę w nich radość (śmiech). Ale widzę też, jak wolontariusze są naprawdę zaangażowani. Widzę, jak dobrze się z gośćmi bawią, jak rozmawiają, jak tańczą i to mnie bardzo cieszy. Zdziwiła mnie też ich ogromna liczba.

Czego mogłabym Ci życzyć w życzeniach noworocznych, co jest dla Ciebie najważniejsze?

To jest trudne pytanie. Myślę, że jeszcze więcej takiego bezinteresownego działania, wkładania w działanie jeszcze większej miłości, aby nie widzieć w tych ludziach tylko osób, które przyjdą, posiedzą i pójdą. Po prostu patrzenia na innych ludzi indywidualnie i z miłością.

Dziękuję za rozmowę.

Monika Frania

Aldona Ronczka jest studentką nauk o rodzinie na Wydziale Teologicznym oraz pedagogiki na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego. Od strony organizacyjnej brała udział w Sylwestrze z Ubogimi po raz pierwszy zachęcona przez kleryków Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Katowicach.